pole herbaty

pole herbaty

piątek, 10 października 2014

Kierunek - równik. Z północnych Indii do Indonezji

Z północnych Indii, z Himalajów, przenieśliśmy się na tropikalną plażę, mekkę turystów (w końcu trzeba zobaczyć, o co tyle hałasu), na Bali, spędzając w pociągu i autobusie łącznie 76 godzin, w Malezji 5 dni, na lotnisku, czekając na świt, 7 godzin.
Po kolei.

Chcąc być chociaż raz dobrze zorganizowanym, mieć wszystko dopięte na ostatni guzik, miesiąc wcześniej zakupiliśmy radośnie bilety do Indonezji, nawet bilety na pociąg do miasta, z którego był wylot. Dumni z siebie  kontynuujemy zwiedzanie Indii/nicnierobienie. Kilka dni później, przy przekraczaniu granicy stanów, przy kontroli paszportowej urzędniczka nieświadomie przypomina nam datę końca ważności naszej wizy indyjskiej. Dokładnie 5 dni przed naszym lotem.


  • Czy można przedłużyć wizę turystyczną w Indiach?


          Nie można. Próbowaliśmy. Wiza turystyczna ważna jest 6 miesięcy i ani dnia dłużej, od daty jej wydania, a nie przekroczenia granicy. Pisałam maile do biur zajmujących się sprawami wizowymi i na moje prośby i szczegółowe opisy naszej trudnej sytuacji, otrzymałam tylko krótkie: "Proszę opuścić kraj przed wygaśnięciem wizy".

Pozostało nam tylko zakupić kolejny bilet, te 5 dni wcześniej - nie chcieliśmy testować warunków w hinduskich więzieniach.

Podróżnicy, którzy chcą spędzić w Indiach więcej czasu, tuz przed końcem ważności wizy jadą do pobliskiego Nepalu/Sri Lanki i wyrabiają tam w ambasadzie nową wizę, na kolejne 6 miesięcy.

Skończyliśmy utarczki wizowo-biletowe, spędzając leniwie czas w himalajskiej wiosce Dharamkot. To urokliwe, przyjazne, czyste miejsce, tanie (300 rupii za duży pokój z łazienką i oknami,  czyli jakieś 15 zł). Oprócz relaksu i opychania się wyśmienitym jedzeniem, udało nam się też zaręczyć :)

Widok na dolinę przy Dharamkot ;)
McLeod Ganj
Niebo nad Dharamkot

Wylot do Kuala Lumpur, gdzie mieliśmy czekać 5 dni na lot na Bali, był z Koczi. Miasta oddalonego prawie 3000 km od Dharamkotu! 





Wyświetl większą mapę
Koszt całościowy wyprawy to ok. 2650 rupii, czyli jakieś 140 PLN na głowę! Transport w Indiach jest fantastyczny i tani.


Z Dharamkotu, 18 września o godzinie 12:50 łapiemy moto-rikszę na dworzec autobusowy w McLeod Ganj.
13:20 wsiadamy do autobusu i 4 godziny później jesteśmy na dworcu kolejowym w Pathankot, czekając na pociąg do ukochanego Delhi.
O godzinie 19:05 ruszamy i 19 września wczesnym rankiem jesteśmy w stolicy Indii. Udaje nam się zjeść śniadanie, przetransportowujemy się na inny dworzec kolejowy i o godzinie 11 wsiadamy w pociąg do Koczi.
21 września wysiadamy w Kochi i oto widzimy południe Indii, które chyba tylko w fakcie zamieszkania go przed Hindusów przypomina to, co widzieliśmy na północy.


Palmy. Wszędzie względy spokój. Śmieci też o wiele mniej...

Widzimy nawet pierwsze pasy dla pieszych od kilku miesięcy! :) Oczywiście, nikt nie zwraca na nie najmniejszej uwagi. Ale są! :)

Takich willi stoi mnóstwo w Fort Cochin. Bogaci Hindusi upodobali sobie najróżniejsze wieżyczki.

Przy porcie - łódki oraz 'Chinese nets', czyli chińskie sieci rybackie. Dla zainteresowanych - wikipedia! :)

Czyli jednak Indie mogą być czyste, zadbane, bez namolnych ludzi, z ładnymi domkami i pustymi ulicami! Te  tereny były niegdyś zajmowane przez Portugalczyków i widać wyraźnie, jak odcisnęli tu swój ślad. Zamiast hinduskich bożkow, mamy na ołtarzach Maryjki i Jezuski :)

Jeden z kościółków w Forcie Cochin.

Za szybą ciężarówki - znajome widoki. Tym razem już nie niebieski Rama, Krishna lub Vishnu.

Drzwi do naszego pokoju. Tradycyjny zamek, drzwi drewniane, podobnie jak wszystkie meble. Oczywiście w kolonialnym stylu. Guesthouse Costa Cośtam :) Polecamy!

Jedzenie nie smakuje mi zupełnie. Ludzie zajadają się tutaj dosą - to wielki naleśnik z ostrymi sosami. Ów naleśnik to coś jak usmażony jogurt. Z nadzieją za każdym razem zamawiam po prostu coś, co TEORETYCZNIE nie jest ostre i mam nadzieję jakoś te minimalnie zmniejszone, ale dalej niebotyczne ilości chilli przełknąć.

Spacerując po Kochi, przypadkiem! spotykamy mojego kolegę Kazika, który podobnie jak my zostawił pracę i wyjechał w  świat (http://onmyowneyes.eu). Kazik podróżuje od kilku miesięcy z parą znajomych, którzy rownież zostawili pracę i ruszyli w świat (http://4evermoments.com). Wszyscy z Wrocławia!

Pogadaliśmy o doświadczeniach w podróży i o tym, jak ciężkie są nasze życia, kiedy musimy podejmować decyzje typu "gdzie jechać, by krajobrazy były ładniejsze".

Po dwóch dniach wszyscy wylatujemy z Kochi. Kazik, Asia i Olek lądują w Bombaju, my w Kuala Lumpur.

Targowisko próżności, czyli 5 dni w KL



  • Co można w tym czasie zrobić w ogromnym, nowoczesnym mieście, znanym dla swoich znajomych jako "KL"?

Widok z okna w Chinatown
Petronas Towers - symbol KL

Można pójśc na przykład do dentysty, ponieważ Malezja znana jest z wysokiej jakości usług medycznych. Australijczycy przylatują tu wymieniać całe szczęki, bo u nich koszty leczenia potrafią być o wiele większe niż tu. W Malezji ceny są identyczne jak w Polsce, nawet ichniejszy 1 ringgit to około 1 zł. Nie może być prościej. Ja poszłam, sprawdziłam, jakby ktoś miał problem, śmiało bez obaw można się wybrać.

Można też dać się zwabić jednemu z wielu gigantycznych centrów handlowych.
Kiedy piszę gigantycznych, naprawdę mam to na myśli.
Odwiedzony przez nas Beraya Times Square to DWUNASTOPIĘTROWY dom handlowy.

Kilka pięter jest niewidocznych - prowadzą do nich inne wejścia. :)

Dla wyobrażenia tego ogromu, przytoczę liczbę samych salonów fryzjerskich (w Pasażu Grunwaldzkim są 2) - tutaj mają ich 22. Sklepów z elektroniką jest 60. Stoiska z ciuchami/butami, kosmetykami są niepoliczalne, podobnie chyba z restauracjami. O takich oczywistościach jak kręgielnia, pokój zagadka i kino nie ma co pisać. Nie można za to pominąć ROLLER-COASTERA.



Life is a rollercoaster!
 Tu już musieliśmy zbierać szczękę z podłogi.


Sklepy i restauracje, udające Tokio.
Ale nawet w najbardziej nowoczesnych centrach, znajdzie się prawdziwa, azjatycka jadłodalnia. Oczywiście, już nie klimatyzowana. Tu za 5zł można się nieźle najeść :)

Odwiedziliśmy też 5-piętrowe centrum handlowe wyłącznie z elektroniką (to była konieczność - rozbił się nam ekran komputera i był on już prawie spisany na straty; w Plaza Low Yat, jeśliby kiedyś ktoś był w elektronicznej potrzebie, naprawią i załatwią chyba wszystko. Za 140 zł dostaliśmy nowy ekran wraz z wymianą. Sprzedawcy się o nas bili:)). Głowa od przybytku może jednak rozboleć.

Dla relaksu, KL oferuje mieszkańcom Lake Gardens. To ogromna parko-dżungla - tropikalne rośliny pozasadzane ładnie w kępkach, z wytyczonymi ścieżkami i jeziorem pod bokiem.


Jeśli ktoś miałby wątpliwości, co fotografować



Do tego planetarium, muzeum narodowe (wszystko w okolicy) i Wielki Meczet.




Narodową religią Malezji jest islam. Nawet panie na billboardach reklamujące pasty do zębów noszą stylowe burki na głowie :)

Oprócz muzułmanów, w Malezji w zgodzie żyją obok siebie hindusi i Chińczycy. Ciekawa mieszkanka kultur, gdzie słyszy się wołanie muezina, jednocześnie wdychając kadzidełka palące się przed chińską świątynią. Dzięki temu, nowoczesna metropolia, jaką jest KL ma wciąż świetny, azjatycki klimat. Mnóstwo 'night markets', gdzie wieczorem restauracje rozkładają stoliki na ulicy, z pysznych, choć drogim jedzeniem.

Nocny market

Sat-tai - szaszłyczki z kurczaka. Podawane z sosem z orzeszków ziemnych... Omnomnom.

Szaszłyczki mogą być zrobione ze wszystkiego...

UWAGA. Na nocnych marketach, można zjeść takie różności jak wielkie kraby, czy bullfrogi (ropuchy). Są one trzymane w koszmarnych warunkach, dlatego NIE KUPUJCIE ICH! Kraby na zdjęciu są wciąż żywe, rozpaczliwie machając szczypczykami błagały o pomoc.

Nieśmiertelne duriany... owoce smakujące jak banan z cebulą, a śmierdzące jak nic innego na świecie.

Ceny hoteli, po tanich Indiach, nie są najprzyjemniejsze. Zatrzymaliśmy się w Chinatown, gdzie za maluteńką dwójkę z klimatyzacją (bez łazienki) płaciliśmy 55 zł. (Grocer's Inn. Poźniej znaleźliśmy tańszą opcję, w EV World, 50 zł ze śniadaniem).

Transport po mieście, jeśli pokonuje się duże odległości jest bardzo wygodny. Poruszaliśmy się LRT - nadziemną kolejką miejską, z prostym systemem biletów. Przy krótszych dystansach szybciej docieraliśmy tam, gdzie chcieliśmy na piechotę.

5 dni spędzone w tak nowoczesnym, bogatym i róźnorodnym miescie, zwłaszcza po miesiącach przeżytych w znacznie biedniejszych Indiach i Nepalu, bez drapaczy chmur, sklepów i spraw do załatwienia "w cywilizacji", trochę nas wyczerpały.

Dlatego też po przylocie do Indonezji, nasze pierwsze chwile w nowym miejscu, nie mogły wyglądać inaczej:




Niestety nie od razu było tak różowo. O Indonezji więcej, gdy ciąg dalszy posta nastąpi.





środa, 10 września 2014

Ladakh. Tybet w Indiach.

„-Oto moja kraina – rzekł lama.[...] I jął wdzierać się na górę krokiem sążnistym, miarowym, aż mu furkotał z wiatrem płaszcz wokół lędźwi [...]                                                                                                               
Wzdłuż ścieżyny, co ich wiodła, znajdowały się osady górskie – zwykłe lepianki z ziemi i błota, gdzieniegdzie koliby z kłód z grubsza ociosanych toporem – to przyczepione niby jaskółcze gniazda do urwisk, to porozrzucane bezładnie po niewielkich płasienkach, w połowie oślizgłej krzesanicy, wysokiej na trzy tysiące stóp; to wtłoczone w zakątki skał, które wchłonęły i skupiały w sobie każdy przelotny wydmuch wiatru, to znowu przykucnięte na garbie górskim, który w zimie był niewątpliwie przysypany na dziesięć stóp śniegiem [...].
W końcu wkroczyli w nowy świat; w tym świecie – w dolinę ciągnącą się milami, gdzie piętrzyły się turniczki utworzone z samych odłamów i odruzgów wyżnich gór. [...]
- Tu mieszkają chyba bogowie! – odezwał się Kim, przytłoczony panującą tu ciszą oraz przerażającymi przelotami cieni chmur [...]. – To miejsce nie dla ludzi!”

Rudyard Kipling, „Kim”
Słowa pisarza o niebo lepiej potrafią oddać to, na co patrzyliśmy, wjeżdzając do krainy Ladakh. To nie były już po prostu górskie szczyty ze śniegiem na czubku – to była górska pustynia, gołe skały ciągnące się kilometrami, o średniej wysokości około 4000 metrów nad poziomem morza.

Droga z Manali do miasta Leh (stolicy Ladakh) oddalonego o około 450 km, zajmuje lokalnemu autobusowi 22 godziny. Droga jest kręta, stroma i absolutnie przepiękna. Jest tak zielono, sielsko i magicznie, że brakuje tylko elfów i krasnoludów w tej bajkowej scenerii.

Gdzies tam czai sie Legolas :)





 Po 6 godzinach drogi na trasie znajduje się miasteczko Keylong, na wysokości 3600 metrów. Czyli jeszcze ponad kilometr w górę od samego czubka Rysów! Postanowiliśmy zatrzymać się tu na jedną noc, aby nie siedzieć 22 godzin w autobusie; zostaliśmy 3 dni,  gapiąc się na wszystko dookoła i nawet podejmując próbę spacerów pod górę.





Wioska o niewiadomej dla nas nazwie, w poblizu Keylong. Oczywiscie trafilismy tam przez przypadek.


Widok na Keylong


Autobus z Keylongu do Manali wyrusza o 5 rano i około 7 zaczyna się wspinać ku sławnej Przełęczy Rohtang-La, czyli Przełęczy „Stosu Zwłok”. Nazwa wzięła się od ludzi, a właściwie ich pozostałości, którzy chcieli tę przełęcz pokonać, a których pokonał śnieg, wiatr, zimno i wysokość.
Autobus wspina się powoli, mozolnie,  zakręt za zakrętem, a my sprawnie przesuwamy się po śliskim siedzeniu w obie strony.
Co ciekawe, na wielu autobusach w tym rejonie, na bokach pod oknami rysują się rozbryzgane ślady posiłków, spożytych przez mniej wytrzymałych pasażerów.  Autobusy ani jeepy nie zatrzymują się z tak błachych powodów, jak potrzeba zwymiotowania, ale przynajmniej wymiotuje się z ładnym widokiem za oknem (jeśli ktoś ma siłę jeszcze te widoki podziwiać).




Rohtang-La (3973 m n.p.m.)



Kiedy autobus dotoczy się już na szczyt przełęczy (3900 metrów), zaczyna się naprzemienna jazda w dół i w gore, a krajobraz się powoli zmienia. Począwszy od tego, że znika asfalt (jezdnia jest akurat w remoncie) i poruszamy się po pylastej, kamienistej, wąskiej drodze. Góry stanowią też barierę orograficzną dla wilgotnych mas powietrza znad oceanu i monsun zatrzymuje się po tej stronie gór, którą właśnie zostawiamy za sobą. Znika roślinność, łącznie z trawą, za oknami widzimy po prostu gołe skały.






3900 metrów to żaden wyczyn. Autobus po pokonaniu tej przełęczy dalej wspina się na przemian w górę i w dół, a maksymalna wysokość, na jakiej się znalezliśmy to 5300 metrów! W tym rejonie znajdują się najwyżej na świecie położone drogi dla pojazdów mechanicznych.



Tutejsi kierowcy to absolutni mistrzowie. Droga szeroka jest na tyle, ile potrzeba, aby zmieścił się jeden autobus. Nie ma barierek od strony przepaści. Od strony zbocza, z którego luźno spadają sobie głazy, nie ma siatek.  Na drodze stoją jeszcze robotnicy, betoniarki albo stado kóz. Z naprzeciwka nadjeżdza ciężarówka. Pod nami dziury tak wielkie, że podskakujemy pod sufit. Przed nami zakręt w dół pod kątem 180 stopni. Kierowca niewzruszony i swobodny wymija ciężarówkę, zwalnia przed dziurą (albo nie), trąbi na uparte kozy, zjeżdza (z mojej perspektywy) kilka milimetrów od krawędzi, aby lepiej wejść w zakręt i jedziemy dalej. I tak około 16 godzin J Michał wywiesza się z aparatem przez okno, mi też pozostaje się tylko gapić i gapić.



Na trasie Keylong –Leh, znajdują się tymczasowe osady, w których można się zatrzymać i przespać.  Kiedy stopnieje śnieg i drogi stają się przejezdne, lokalni mieszkańcy stawiają namioty lub schronienia zbudowane z kamieni i folii. Mieszkają tam robotnicy, którzy pracują przy naprawie dróg, pasterze, sprzedawcy itp. Murowany budynek spotykamy z rzadka.

Tymczasowe osady sluza pasazerom na trasie Manali-Leh w sezonie, ktory trwa od lipca do poczatku wrzesnia.

Antena satelitarna musi byc! Nawet na 4500 m n.p.m.

Wkraczamy do Kaszmiru, przepięknej i surowej krainy. Prąd jest luksusem, świeże masło z mleka jaka standardem. Podczas długich zimowych miesięcy, kiedy wszystko jest przysypane śniegiem i nie można się nigdzie ruszyć, mieszkańcy grzeją się w swoich chatkach, popijając herbatę z masłem - powszechny tybetański napój (spróbowałam raz i wystraczy
J ). Widzimy pasterzy ze stadami owiec, widzimy tybetańskie kobiety dźwigające na plecach plecione kosze z zielskiem dla bydła, widzimy jeźdzców na koniach (na pewno wygodniejsze są siodła niż autobus po tylu godzinach!), nagie i monumentalne szczyty, jaskinie w skałach, wodospady... I ta przestrzeń...


Babki w tradycyjnych, tybetanskich strojach.

Przestrzeń ma jednak jedną wadę. Kiedy zatrzymujemy się na tzw. siku, dziewczyna nie ma się absolutnie gdzie ukryć. Jesteśmy na takim pustkowiu, że nasze gołe tyłki wypatrzyłoby się z odległości kilku kilomterów.  Razem z Aną, jedną z trzech dziewczyn w całym autobusie, ograniczamy spożycie płynów do minimum i przy każdym postoju, próbujemy jakoś coś wykombinować ;)


Przestrzen...
Wszedzie przestrzen... :)
Dojeżdzamy do miasta Leh. To miasto ulokowane na rozległym płaskowyżu, w suchym, pustynnym, zimnym klimacie (zimnym w zimie – w lecie temperatura dochodzi do 30 stopni). System nawadniania i oszczędzania wody opanowano tu do perfekcji. Nie rośnie tu chyba nic poza tym, co człowiek sam zasadzi, podleje i wypielęgnuje.


Leh. Stolica Ladakh.


Leh to bardzo turystyczne miasto, okupowane przez Izraelitów , podobnie jak kilka innych regionow Indii. Wszędzie dostępne jest jedzenie żydowskie, sa napisy po hebrajsku, sami Izraelici są też bardzo charakterystyczni. Niemal nie ma turysty narodowości innej niż izraelska!
Aklimatyzujemy się dzień lub dwa, po czym woła nas zew przygody i wypożyczamy skuterek. W okolicy Lehu stacjonują jednostki wojskowe,  są poligony ćwiczebne - więc tutejsze drogi są świetnej jakości . Ruszamy w drogę!


Czasem po ladnych drogach...



... czasem bez nich.
Dzieki motorkowi, latwo dotarlismy do palacu w Shey.

...oraz klasztoru w Thiksay
Nie mogę nacieszyć oczu tym niezwykłym, pustynno-górskim krajobrazem. Po drodze odkrywamy przyczepione do skał klasztory, w których poukrywane są różne wizerunki  bóstw, malowidła i młynki z mantrami.

Kraina Ladakh to taki kawałek Tybetu przeniesiony do Indii, w związku z czym dominuje tu buddyzm, wszędzie wiszą flagi modlitewne, co chwila spotyka się też charakterystyczne dla tej religii stupy. Starsi mieszkańcy chodzą w tradycyjnych strojach, panie mają włosy splecione w dwa warkocze, z wstążkami dopasowanymi do koloru przepaski w pasie.

Klasztor w Phyang
Klasztor w Leh. Najwyzej polozony punkt miasta.

Tybetanka gompa. Zawsze kolorowo, z dominacja czerwieni i zlota.

Shanti Stupa - Stupa Pokoju. Ufundowana przez Japonczykow na poczatku lat 90-tych. Najwieksza w regionie. Widac ja z kazdego miejsca w Leh, bo jest umieszczona na szczycie calkiem sporego wzgorza.
A to widok z tego wzgorza. Pozny wieczor.

W Gompie, w poblizu Shanti Stupy, udalo nam sie trafic na wieczorna ceremonie. Dwojka mnichow nadawala rytm na bebnach, mruczac mantry. Mieli MOC! :)
Ale Ladakh, to nie tylko buddyzm. Ok. 20-30 km o Leh znajduje sie swiatynia wyznawcow Sikhizmu. Oczywiscie, zostalismy poczestowani cieplym posilkiem.
Legenda glosi, ze jeden z guru sikhizmu, wyglaszal swoje nauki w miejscu, w ktorym aktualnie stoi ta swiatynia. Bardzo to nie podobalo sie demonowi, ktory mieszkal w pobliskich gorach. Postanowil on zrzucic wielki glaz na sikhijskiego nauczyciela. Ten, nie przerwal wykladu, a glaz zamienil sie w wosk. Tym samym, guru 'zaglebil' sie w rzucony przez demona glaz. W swiatyni znajduje sie ten glaz, z dziura w ksztalcie ludzkiego ciala. Demon, widzac moc proroka - nawrocil sie. :)


Szczyty kuszą, wołają, żeby się na nie wspiąć i postawić stopę jeszcze wyżej niż 4000 metrów... Michał nie opiera się pokusie zbyt długo. Ja jednak wybieram słodkie lenistwo w ogrodzie, gdzie z książką spędzam trzy dni, Michał natomiast spełnia marzenie zdobycia pięciotysięcznika i rusza w trasę.

Trzydniowy trek na trasie Zingchen – Chilling. Ilość ucztesników – 4 osoby. (Michał + 3 osoby z Izraela, poznane w Leh) Wyposażenie – śpiwór (noclegi w wioskach), latarka, kurtka (chociaż jest bardzo ciepło), mapa sprezentowana przez pasterza.
Przygotowanie – rozeznanie w agencjach turystycznych co do tras, szlaków, możliwości transportu. Przegląd mapy, wspólne omówienie wyprawy.
Koszt – 800 rupii na dzień (nocleg, kolacja, śniadanie, prowiant na drogę), 350 rupii taksówka do miejsca startu załatwiona przez agencję, 300 rupii taksówka powrotna do Leh (złapana przy drodze).
(Koszt tego samego treku w agencji turystycznej – 6000 rupii całość, do tego włączony rafting ostatniego dnia).

Dzień 1.
Ruszamy z Zingchen! Wysokość startowa ok. 3600m. Pierwszy dzień na rozgrzewkę, zaledwie 4 godziny marszu, ale mocno pod górę – wspinamy się na ok. 4500. Lekko zaniepokojeni, bo nie mogliśmy znaleźć mapy tego regionu w Leh. Pytamy lokalnych pasterzy o drogę, po krótkiej rozmowie, wręczają nam swoją mapę. Oni znają tutaj każdy zakręt i strumyk na pamięć. Odwdzięczamy się ciasteczkami i ruszamy dalej. Najbardziej niezwykłe są kolory... piaskowa żółć i buraczana czerwień skał w połączeniu z bezchmurnym niebem. A przy wioskach, dochodzi jeszcze zielony jeczmien.

fot. Nitzan - jedna z trekowiczek.



Docieramy do miejsca noclegowego. Wioska składa się z jednego domu. Posiłki jemy w tradycyjnej kuchni, z wystawionymi na półkach porcelanowymi talerzami i miedzianymi kadziami oraz patelniami. Obok żona właściciela ręcznie ubija masło. Późnym wieczorem wychodzę z pokoju i podziwiam gwiazdy. Jak żyję nie widziałem takiego nieba... mam wrażenie, że widzę trzy drogi mleczne. Mam kłopot ze znalezieniem Wielkiego Wozu, bo gwiazd jest tyle, że ginie on pod ich natłokiem. Jest tak jasno, że mogę czytać książkę. Potem pluję sobie w brodę, że nie próbowałem zrobić zdjęćJ


Nasz nocleg. Wysokosc ok. 4500 m n.p.m.
Gospodyni suszy na sloncu ser z jaka.
A to dla tych, ktorzy nie wiedza jak wyglada jak :) (fot. z Manali)

Dzień 2.
Wstajemy wcześnie. Przed nami 10 godzin marszu do Skyu. No i do pokonania przełęcz – 4920m. Teoretycznie najwyższy punkt naszej trasy. Po kilku godzinach docieramy na miejsce. Izraelici zabierają się za lunch, a ja wchodzę na pobliski szczyt. W końcu chcę wejść na 5000, a nie marne 4900 J. Pół godziny później jestem na szczycie i widzę...

Najprawdopodbniej, biale szczyty na horyzoncie to Karakorum - juz w Pakistanie. Pasmo oddalone o ponad 200km!

Potem okazało się, że wspiąłem się na 5230m. Przestrzeń przytłacza. Człowiek czuje się malutki wobec potęgi natury. Ogrom i majestat Himalajów jest w takim miejscu namacalny.  Przeżycie nie do zapomnienia. Wysokość nie robi na trekowiczach najmniejszego wrażenia.  Zdążyliśmy odpowiednio się zaklimatyzować. Temperatura bardzo przyjemna, choć trochę wieje. J Po lunchu, ruszamy dalej. Od tego miejsca już ciągle w dół.





Docieramy do Skyu pod wieczór.  Skyu to już większa miejscowość. Naliczyłem z osiem domów. Lokalni mieszkańcy są bardzo solidarni i goszczą wędrowców według ustalonej kolejki, tzn. danego dnia – można spać tylko u jednej rodziny. Jeśli ktoś próbuję znaleźć nocleg gdzie indziej, zostanie skierowany do rodziny pełniącej dyżur. Tym razem nie tylko jemy w tradycyjnej kuchni, ale także w niej śpimy.

Po drodze, nie ma zbyt wiele roslin... ale za to zwierzakow cale stada :)




A swistak siedzi... :)
Dzień 3.
3-4 godziny marszu do Chilling. Ciągle w dół. Musimy wyruszyć wcześnie, ponieważ trzeba złapać taksówkę ‘na stopa’. Udaje się nam to bez problemu i wracamy. Koniec przygody. 5230 metrów zdobyte, cel osiągnięty! J


W Chilling - bylismy swiadkami narodzin zrebaczka. Konik na zdjeciu ma jakies 5 minut.