pole herbaty

pole herbaty

piątek, 2 maja 2014

Ciąg dalszy ciekawostek następuje

Pobyt w Tajlandii powoli dobiega końca, więc jeszcze rzutem na taśmę kilka pozostałych wartych wspomnienia faktów.

Mnisi buddyjscy.
W Tajlandii około 90% ludności to buddyści, widok mnicha ubranego w pomarańczowe szaty jest tu sprawą powszechną. Mnisi chodzą na zakupy, zwiedzają, robią zdjęcia, medytują - normalne życie ;) Rano wychodzą boso na ulice z pojemnikami, do których mieszkańcy wrzucają im jedzenie.
Lewe ramię mnicha jest zasłonięte, jako "brudna" część ciała.

Prostytucja.
Bary go-go, kluby z "extra masażem", przeróżnie nazywane miejsca oferujące wszelkiego rodzaju usługi seksualne, są tu dostępne bez większych trudności, mimo tego, iż oficjalnie prostytucja jest zakazana. Z ciekawości weszłam do jednego baru (nie ma możliwości zrobienia zdjęcia). Na wąskich stolikach tańczą młode dziewczyny, bardzo skąpo ubrane, z przypiętymi numerkami. Przy stoliku siedzi zwykle starszy, biały, śliniący się facet...

W hostelach często spotykamy tabliczki, informujące o zakazie przyprowadzania prostytutek do pokoi.

Zresztą, najładniej wyglądająca dziewczyna często może się okazać chłopcem ;) Pełno jest tu umalowanych, wysokich, zgrabnych kobiet z dorodnym jabłkiem adama, które zapomniały ukryć pod apaszką :) 

Motoryzacja.
Niemal wszyscy mają skuterek - najwygodniejszy do poruszania się po krótkich trasach i na takie upały. Ścieżek dla rowerów raczej brak, mało kto zresztą na nich jeździ.
Na drogach dominują pick-upy Toyoty i Isuzu, w ogóle nie widać innych marek ani typów aut, z wyjątkiem taksówek (które zresztą też są jedno rodzaju - Toyota Corolla). Na pace z tyłu przewożą albo powietrze (?? po co kupować takie coś??) albo osiem osób naraz (nie wygodniej autobusem?;) )
Drogi są doskonałej jakości, szerokie, kilkupasmowe, takie jak w Polsce za kilkadziesiąt ładnych lat. A tu ruch pięć razy mnieszy. Poza Bangkokiem, najpopularniejszym publicznym środkiem transportu są song-theawy. Czyli małe autobusiki zrobione z pickupów, ze specjalna wiatą i ławeczkami.

Bangkok.
Absolutnie niesamowite miasto! Ogromne, zatłoczone, nowoczesne, przytłaczające i zachwycające jednocześnie... Ile tu jest kontrastów!

Ta metropolia ma metro, tramwaj wodny, kolejkę nadziemną (skytrain), dwa/trzy lotniska, a na ulicach pyrkoczą smrodliwe tuk-tuki. Obok gigantycznych centrów handlowych (Prady i inne Gucci w środku) stoją stoiska rodem ze Świebodzkiego ;) W dzielnicy z drapaczami chmur i hotelami dla bogatych biznesmenów są malutkie uliczki z przenośnymi barami ulokowanymi w busach volkswagena, takimi jakim jeździła ekipa ze Scooby Doo, z okropnym techno dudniącym z głośników i boomboxów.






Można zjeść tu za 2 złote usmażone na przenośnym woku, na oleju sprzed paru dni niedefiniowalne "produkty organiczne", a dosłownie krok dalej będzie australijska knajpa ze stekiem z kangura za 200 zł. 
Społeczeństwo wierzy w karmę i potęgę dobrych uczynków, ale ewidentnie, naciąganie turystów w każdy możliwy sposób nie kwalifikuje się do "czynów zabronionych". 

Do tego niezliczona ilość świątyń buddyjskich, (prawdziwych) salonów masażu, wizerunków króla w każdym możliwym miejscu, dzielnica backpakerska ze sławną ulicą Khao San, na której można "wyrobić" sobie prawo jazdy dowolnego kraju, zrobić dready czy wytatuować klatę, zapach kadzidełek zmieszany z zapachem owoców duriana, słowem - Bangkok to taka Azja w pigułce. 

Piosenka "One night in Bangkok" przypomina się nie bez przyczyny :) 


Protesty w Bangkoku:

Sytuacja polityczna w Tajlandii jest mocno napięta od stycznia 2014. Nie jesteśmy ekspertami z zakresu polityki w Tajlandii, więc nie chcemy wypowiadać się na temat samej genezy konfliktu, ani o 'czerwonych' i 'żółtych'. Natomiast, mielismy okazję spacerować po miasteczku namiotowym protestujących Tajów, które ulokowane zostało na jednej z głównych ulic, w pobliżu Pałacu Królewskiego. Wśród protestujących widzieliśmy również mnichów.

Dodam od razu, że nie odczuwa się specjalnego zagrożenia - na pobliskim Khao San tętni backpackerskie życie, a przechadzając się z aparatem po miasteczku namiotowym, natrafiliśmy jedynie na uprzejme uśmiechy na zmęczonych twarzach protestujących.






Restauracja "Główki kapusty i prezerwatywy"
Hicior! Dokładnie tak się nazywa:


Takich różnych perełek jest w Bangkoku dużo:) Jest to restauracja działająca pod egidą fundacji na rzecz świadomego planowania rodziny. Chodziło o to, aby prezerwatywy były równie łatwo dostępne jak warzywa. Cały dochód z restauracji idzie na rzecz tej fundacji. Na miejscu dużo edukacyjnych plakatów:




Bardzo przyjemne, nieco odjechane miejsce, pyszne jedzenie i świetny klimat. Z rachunkiem, dostaliśmy, a jakże, obiecane prezerwatywy:




Wygląd.

Panuje pewna obsesja na punkcie białej skóry. Ta sama NIVEA czy inny Garnier, którzy u nas zachwalają balsamy brązujące, tu sprzedają kremy wybielające skórę. Napis "100% white" jest na kremach, piankach do mycia, mydłach, balsamach, wszystkim, co można wetrzeć w skórę i nadać jej, jak obiecują reklamy, śnieżnobiały ton. Takie kremy są w każdej drogerii, każda marka ma linię kosmetyków wybielających.

Lansowany kanon azjatyckiej urody, który obserwuję w gazetach i na plakatach, przedstawia smukłą, wysoką kobietę o wielkich oczach, bardzo delikatnie zaznaczonych tylko azjatyckich rysach, z falującymi włosami. Są programy w telewizji, pokazujące  w jaki sposób wykonać stylizację a la biała. Nakłada się odpowiedni makijaż, aby twarz wydała się mocno trójwymiarowa (azjatyckie twarze są bardziej płaskie), zakłada soczewki powiększające oczy, doczepia długaśne i gęste rzęsy, jeszcze bardziej ukrywające fakt, iż jest się skośnookim. Szaleństwo...
Tajki są malutkie, ich włosy są zwykle proste, mają skośne oczy i ciemną skórę. Tak się wygląda i już! A tu widzę ładną dziewczynę z absurdalnie białym pudrem na twarzy (cała reszta ciała jest ciemna), na dworze jest 35 stopni, a ona ma na sobie Wranglery, śliczne czarne włosy ufarbowane na jakiś przedziwny czerwonopodobny kolor, dla mnie wygląda jak w przebraniu...

Pytam się po co? i z odpowiedzią przychodzi Polska ;) Przecież tu dla odmiany mamy pomarańczowy puder na białej twarzy, solarium, tleniony blond, kreski na oczach a la Kleopatra, ciuchy stylizowane na alternatywnie indyjskie... 

Tutaj dopiero jak na dłoni dopiero widzę bezsens takich zabiegów! Robić z siebie karykaturę po to, by podążyć za jakimś tam wymyślonym kanonem. Brzmi to może patetycznie i powtarzam oczywistości, ale jakoś dopiero to do mnie dotarło :) 





środa, 30 kwietnia 2014

Kilka ciekawostek o Tajlandii

Tymczasowo dość o zwiedzaniu, przemieszczaniu się i tym podobnych. Zamiast tego, kilka mniej lub bardziej interesujących faktów, dotychczas zaobserwowanych przez nasze europejskie, białe oko. 

Jedzenie. 
Widelec służy do nabierania jedzenia na łyżkę, niezależnie od konsystencji jedzenia. Czyli łyżką je się zupę i ryż z warzywami. Tylko makaron je się pałeczkami.


Co nie dziwi, potrawy określane jako "delikatnie pikantne", dla mnie często okazują się niejadalne... Ilość wsypywanego chilli/pieprzu/curry mierzy się chyba nie w szczyptach, ale w garściach...


Plażowanie
Tajów na plaży spotykamy rzadko, najwięcej w czasie obchodzonego przez nich Święta Songkran, czyli tajskiego nowego roku (13 kwietnia). Tajowie kąpią się wyłącznie w ubraniu. Kobiety wyznania muzułmańskiego nie zdejmują na czas kąpieli NIC! - kąpią się w pełnym rynsztunku, łącznie z burkami.


Przesądy.
Tajowie wierzą w duszki Phi. Kiedy powstaje nowa budowla, duszki, w które wierzą Tajowie z danego miejsca są "wypędzane", więc trzeba je jakoś ugłaskać. W tym celu przed niemal każdym domem/bankiem/zakładem usług powstają małe domki dla duszków z codziennie świeżą dostawą jedzenia, tak aby duszkom nie przyszło do głowy być niedobrym dla Taja.




Tajowie (kobiety i mężczyźni) noszą dużo ochronnych amuletów na szyi, albo poprzyczepianych w różnych miejscach garderoby. Obowiązkowo na lusterku wstecznym w aucie wisi "warkocz" z kwiatów jaśminu, który można kupić nie wychodząc z auta, sprzedawcy wychodząc na przeciw zapotrzebowaniu klienta, podchodzą po prostu na czerwonym świetle. Kwiaty szybko więdną, co ma przypominać też o ulotności każdej chwili.



Język.
Nie odkryję Ameryki, tajski jest skomplikowany! Nacisk kładzie się na sposób intonacji słów. Tajowie specyfikę swojego języka przenoszą na sposób, w jaki mówią po angielsku, przez co ma się wrażenie, że wypowiadają tylko pierwszą połowę słowa.
W alfabecie są 44 samogłoski! Do tego dochodzi 15 oznaczeń dla samogłosek. Za to "z wyglądu" jest bardzo ładny :)

ผัดไทย  น้ำปลาหัวไ  ชโป๊ว



Zielona herbata zbożowa
Nie wiem, kto wymyślił ten specyfik... Jest to niepijalna ciecz, o smaku zielonej herbaty zbożowej - nieopisywalnym; jedna z najbardziej obrzydliwych rzeczy, jaką piłam. Strzeżcie się znaku kłosa na opakowaniu Green Tea!

Cdn!




niedziela, 27 kwietnia 2014

Nagła zmiana planów i inwazja Menki Nu

Dużo się działo!

Ruszyliśmy na kolejną wyspę - Ko Jum. Chcieliśmy sprawdzić, czy wszystkie tajskie wyspy są równie bajkowe jak Ko Bulon. Dotarliśmy do Krabi - bardzo sympatycznego, mocno backpackerskiego miasteczka portowego, z którego wypływają łodzie na wiele wysepek. Posiedzieliśmy tam 2 dni, aby nieco się zregenerowac, wyprać, i naładować sprzęt (na Ko Bulon prąd był dostępny tylko od 18 do 24). Pochodziliśmy po lokalnych jadłodalniach (fajny mają targ!) i absolutnie zakochaliśmy się w "Czajeeen" - mocnej herbacie, podawanej z lodem i słodkim, skondensowanym mlekiem. Z reguły nalewają to do woreczków, wypełnionych wcześniej lodem. Zawiązują, wbijają rurkę i pakują do papierowej/foliowej torby, aby się przyjemnie niosło :)





W drugim dniu, kiedy już wszystko zaplanowaliśmy, dostajemy informacje od Maxa - Włocha, którego poznaliśmy na Ko Bulon. Wraz ze swoją żoną - Alex, wynajmują auto i ruszają po mniej znanej, wschodniej Tajlandii. Czy chcemy się dołączyć? No pewnie!! :)

Tym samym, zamiast łódki i wyspy, był autobus i Bangkok.
 Tam od razu na lotnisko, na spotkanie Maxa i Alex. I wynajęliśmy pickupa - Toyotę Hilux! :) I ruszyliśmy. Gdzie? Phanom Rung, Prasat Muang Tam,
Wat Khao Angkhan i do tego spędziliśmy wieczór w Ta Phraya National Park. Czyli - objechaliśmy kilka ruin świątyń z wieków XIII-XV. A także odwiedziliśmy wioskę, gdzie panie przędą jedwab. Nawet zjedliśmy larwę jedwabnika :) O dziwo nie jest taka zła. Trochę jak kukurydza, ale taka nieco rozgotowana i twardsza zarazem.
Larwy jedwabników wcinające liście. Muszą urosnąć, aby zrobić ładne kokony.

Pani wyciagająca odpowiednie kokony z tacy z jedwabnikami. Potem zostaną one podgotowane i zostanie wyciągnięta nić.


Do tego, objeżdżaliśmy regiony, które są w bardzo małym stopniu turystyczne. Trzeba było rozmawiać po tajsku (najbardziej kluczowe: Kinkao Dai Majjj? - Czy mogę zjeść?) i zobaczyliśmy, jak wygląda Tajlandia taka trochę od kuchni. Z dala od Phuketu i innych miejsc zdominowanych przez turystów.

Phanom Rung


jw. ujęcie drugie

Prasat Muang Tam. Idący mnich.

Prasat Muang Tam - ujęcie drugie.
Wat Khao Angkhan


Jeżeli chodzi o nasz jadłospis - został on zdominowany (z powodu braku alternatywy...) przez PAPAYA SALAD.
Sałatka z zielonej papai, z dodatkami i oczywiście sosem chilli. Dodatki mogą być różne - to widać na zdjęciu. Sałatka jest ekstremalnie pikantna i po zjedzeniu jej na śniadanie, obiad i kolacje - człowiek po prostu ma dość :)

Stragan uliczny z jedzeniem. Właśnie w takim można poprosić o papaya salad lub inne przysmaki na kiju... Kurczaki ok. Jajek nie próbowaliśmy.


Papaya Salad + gratis.



Po 3 dniach rozstaliśmy się z Maxem i Alex - oni ruszyli w swoją drogę, a my z powrotem na naszą drugą wyspę - Koh Jum. A ta - już nieco inna niż Bulon. Dużo bardziej 'europejska'. Piękne resorty przy plaży, pełne ładnych, nowych bungalowów. Zamiast grupki backpackerów i lokalnych turystów - rodzinki z dziećmi, sporo białych. Plaża też inna. Długa na 10 km, szeroka. Piaszczysta, ale kamieniście w wodzie. Piasek - to już nie rajska wyspa. Taki szarobury. Za to plaża leży po stronie zachodniej, co czyni ją bardzo fotogeniczną. Generalnie, bardzo fajna wyspa - bardziej 'cywilizowana'. Dużym plusem jest infrastruktura turystyczna - znacznie więcej knajpek no i piękne 'altanki' przy plażach, w których można się położyć, czy też bambusowe hamaki :) Wyspę można objechać w kilka godzin na skuterze - i to też zrobiliśmy. Bulon można było obejść w godzinę. Na plus przemawiają ceny - znacznie taniej niż Ko Bulon. Dodam, że sezon na Ko Jum trwa do końca kwietnia. Tym samym, wyspa już praktycznie była zupełnie pusta, co dla nas stanowiło duży plus.




Na Ko Jum również plaża należy do zwierząt. Krabów bez liku.

A to nasza ulubiona miejscówka. :) Oczywiście wszystkie hamaki, leżaki, itp. należały do jednego z resortów hotelowych. Ale ze względu na końcówkę sezonu - wszystko było puste.


Wieczorami na Ko Jum zaczyna się inwazja robali.
I to nie byle jakich. Coś na kształt chrabąszczy/skarabeuszy zaczyna zlatywać się do światła, uderza kilkadziesiąt razy w lampę/sufit i inne takie... po czym pada bez ruchu. Wcale nie martwe, tylko w stanie letargopodobnym. Trochę to wygląda tak, jakby nagle im się baterie wyczerpały. Zupełnie nie wiemy o co z nimi chodzi, ale wieczorami w lokalnej restauracji jest ich kilkadziesiąt. Istotne jest to, że owady są mniej więcej wielkości całkiem dojrzałych śliwek... A Tajowie - jak zawsze pragmatyczni - zbierają te zwariowane owady do butelek. Po co? Oczywiście - KINKAO!. :) Owady po tajsku nazywają się (fonetycznie) - Menki Nu.







A na koniec - info praktyczne:

Transport:

Krabi do BKK i odwrotnie: 550 oraz 650 bahtów. Warto popytać i porozglądać się po agencjach. Bo często pierwsza cena to ok. 750-850 bahtów.

Krabi - Ko Jum: prom 350 bahtów (powrót 200, nie płynęliśmy łódką dla turystów, ale dla mieszkańców).

Noclegi:
Krabi - 350 bahtów
Ko Jum - 500 bahtów - śliczny bungalow, 20m do plaży.
Park Narodowy  Ta Phraya: - 350-550 bahtów. Zależnie od standardu.

Żarcie:
Restauracje Krabi: 60-120 bahtów za posiłek
Restauracje Koh Jum: 80-150 bahtów za posiłek
Lokalne jadłodalnie tajskie w Krabi i Tajlandii wschodniej - 30-40 bahtów za posiłek.

W Krabi, bardzo polecamy przejść się po głównej promenadzie wzdłuż przystani. W końcu, natraficie na miejsce, gdzie dają przepyszne Pad Thaie. Za 40 bahtów od porcji! Wariactwo :) Czekaliśmy na swojego z pół godziny, bo kolejki Tajów na motorkach, ustawiały się, aby zdobyć porcję take-away. Oczywiście miejsce wygląda jak rozklekotany garaż, brudny i śmierdzący - z połamanymi plastikowymi krzesłami.

Za to we wschodniej Tajlandii - nie trafiliśmy na pad thaie. Nie ma ich tam w ogóle. Jedliśmy głównie ryż z kurczakiem i swoistym rosołkiem - 30 bahtów za porcję. Do tego dają ciemny sos chilli (coś na sojowym). Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, ale Tajowie jedzą to na potęgę. Warto spróbować. Raz trafił się nam kurczak z panierką i sos sweet-chilli - to było pyszne :) No i oczywiście, wspomniane wcześniej: Papaya salad... warto spróbować. RAZ!

wtorek, 15 kwietnia 2014

Nie cierpię, kiedy muszę odsuwać koralowce, żeby się położyć na plaży!

Tego typu zmartwienia dotyczyły nas w ciągu kilku ostatnich dni. W Tajlandii jest pełno małych wysepek, wartych podjęcia wysiłku przeprawy przez morze. My dotarliśmy na wyspę Ko Bulon Lae, leżącą blisko granicy z Malezją. Wygląda dokładnie tak, jak wyobraża sobie człowiek tropikalną wyspę. 



Jak się na wyspę dostać?
Przez morze ;)
A konkretniej, z miasta Phuket ruszyliśmy na samo południe Tajlandii, do miasta portowego Pak Bara. Znów wszystko lokalnymi autobusami, nie z biur podróży, połowa kasy na kolejnego szejka. Stamtąd z przystani bardzo łatwo znaleźć łódkę na interesującą człowieka wyspę.

Co się robi na wyspie?
Zdjęcia opowiedzą to najlepiej.




Wyspa ma też kilka innych ciekawych aspektów...

- Michał, Michał, obudź się! Coś jest w naszym domku!
Trzecia w nocy, ciemno, nasza pierwsza noc w chatce zrobionej z drewna i bambusa. Bez zbędnych szyb w oknach, za to z dużą ilością szpar i dziur, zapewniających doskonałą wentylację i jeszcze lepsze szlaki wędrowne dla wszelkiego rodzaju stworzeń.
- Nic nie ma, to po dachu ptaki chodzą, śpij.
Znowu coś słychać, jakieś chrobotanie, tuż za głową.
- Zapal latarkę! (prądu brak). Nagle cisza, chrobotanie ustało. Latarka gaśnie, po chwili chrobotanie wraca. Spektakl z zapalaniem i gaszeniem latarki powtórzyliśmy kilka razy, za każdym razem przy świetle zapadała nagła cisza.
- Mówię Ci, to po dachu coś łazi albo na zewnątrz, nic tu nie widać. Śpię!

Rano okazało się, że jednak mieliśmy w nocy gościa. Moja bawełniana torba, w której były resztki wafli ryżowych, miała trzy duże wygryzione dziury.

Nauczona doświadczeniem, wyczyściłam torbę, powiesiłam na haku (jak się okazało nie dość wysoko!). Ktoś głodny zapamiętał, gdzie były wafle, bo kolejnego dnia doszły nowe dziury:) Torba do końca pobytu wisiała pod sufitem.

Dużo zwierząt ogółem.
Oprócz małych jaszczurek lubiących słodycze, spotykaliśmy też takie:

Największa żyjąca na wolności jaszczurka, jaką widziałam, miała około 2 m! Koło naszego domku był malutki zbiornik z deszczówką, ten smok przychodził się tam wykąpać. Oprócz tego całe stada mniejszych jaszczurowatych stworzeń. 



Kraby! Plaża tak naprawdę należy do nich, bo są ich tysiące. Duże okazy, jak ten, wychodzą wieczorami, w ciągu dnia setki malutkich krabików uciekały nam spod stóp. 


Wyspiarska policja.
Malutka wyspa to nie tylko raj dla spragnionych słodkiego lenistwa, to też najzwyklejsze miejsce do życia Tajów i tzw. morskich Cyganów. 

Chociaż policjant na swoim posterunku widziany był tylko raz - w hamaku.
Na wyspie jest też szkoła i osada rybacka. Turystów przyjmuje się tylko przez połowę roku, w porze suchej. Monsuny nie zachęcają wielu do przepraw przez morze.
I tu dochodzimy do kolejnego aspektu. 

Miejsca, gdzie przebywają turyści (na tej wyspie nie ma ich wielu, kwiecień jest tez absolutną końcówką sezonu, więc dosłownie były pustki), są ładne, zadbane i czyste. 
A tak mieszkają Tajowie...




Sterty  śmieci, rozwalające się chałupy, brud, na ostatnim zdjęciu relikt toalety tuż przy czyjejś chatce... Nie wszyscy w całej Tajlandii mieszkają w takim otoczeniu, na szczęście, ale wyspie nie udało mi się znaleźć "obejścia" bez walających się wszędzie rupieci, pustych opakowań, ogólnej beznadziei...

W próbie zrozumienia takiego stanu rzeczy pomógł nam poznany na wyspie Włoch, Maks, student antropologii. Spytał, czy zjedlibyśmy posiłek z talerza, z którego zjadł pies. Znakomita większość ludzi miałaby przed tym opory... dla Cygan kobieta i mężczyzna jedzący z tych samych talerzy wzbudzają taką samą odrazę. W kuchni stoją osobne naczynia dla mężczyzn i dla kobiet.

Więc może kilogramy plastiku i staroci na podwórku to żaden problem, z azjatyckiego punktu widzenia. ;) 

Część praktyczna: Jak dotrzeć na Ko Bulon?

1) Złapać autobus jadący do Satun (Np. Z Trang, z dworca - hipisowski lokalny autobus, bez klimy - 70 bahtów).
2) Wysiąść w Langun
3) Wziąć songthaewa (lokalne busiki lub jeepy, przewożące pasażerów z miejsca na miejsce) (ok. 30 bahtów) lub motorowe taxi do Pak Bary (60 bahtów)
4) Z Pakbary łódką na Ko Bulon (350-450 bahtów, zależnie od typu łódki i umiejętności negocjacyjnych :) ).

Samo Ko Bulon jest całkiem drogie. Pomimo końcówki sezonu, nie znaleźliśmy sensownych bungalowów za mniej niż 800 bahtów za noc! Jeśli chcecie mieszkać bezpośrednio przy plaży - 1000-1200 bahtów to minimum. Jedzonko również nie należy do najtańszych - ceny porównywalne do kurortów na Phuket. (150-200 za obiad, ok. 60 bahtów za shake'i). Ale za to, zawsze można dogadać się z właścicielami knajpek i ustalić, co takiego rybacy ostatnio przywieźli na wyspę i zamówić fajne, świeże rybki/owoce morza 'spoza menu'. Ponoć zwłaszcza fajnie działa to w sezonie, kiedy więcej knajpek jest otwartych. Ale na dobrą sprawę, ceny nie dziwią - wszystko trzeba przywieźć z 'zewnątrz' i zanieść 'ręcznie'. Na wyspie nie ma żadnej drogi asfaltowej. Tylko jedna pseudobetonowa, na której zmieści się najwyżej skuterek.