pole herbaty

pole herbaty

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Ciemna strona Australii

Pewnego razu na ulicy w Brisbane minął nas biały chłopak w koszulce z napisem "Australia's history is BLACK", czyli "Historia Australii jest czarna". 
Dziś nie czuje się tego, ponieważ cała przestrzeń publiczna zdominowana jest przez białych. Rdzenni mieszkańcy Australii, Aborygeni, stanowią dziś mniej niż 5% ogółu społeczeństwa.

"White fellas come to talk about land" - "Biali goście przyjechali gadać o ziemi"  ;  obraz wiszący w muzeum w Darwin, autorka: Jody Broun

source / źródło: http://natsiaadigitisation.nt.gov.au/gallery/ABART-1597-01.jpg

Przez 50 tysięcy lat Aborygeni żyli, polowali, opowiadali sobie historie i przemieszczali się po swojej ziemi. Po upływie mniej więcej 49 770 tysięcy lat do brzegów Australii przybyli Brytyjczycy i oznajmili, że odkryty przez nich teren to ziemia niczyja. Po czym bezpardonowo zaanektowali sobie teren większy od całej Europy, przywłaszczyli sobie każdy święty aborygeński kamyk, zajęli aborygeńskie pastwiska, wydarli aborygeńską duszę z każdego skrawka "niczyjego" krajobrazu.

Anglicy bez mrugnięcia okiem gwałcili i mordowali stających im na drodze prawowitych mieszkańców Australii. Porywali dzieci zrodzone z mieszanych związków i zamykali w specjalnych ośrodkach, by wychować je "na białych". Siłą wywozili Aborygenów, u których podejrzewali choroby weneryczne do zamkniętych szpitali, gdzie oderwani od swoich społeczności, zapadali na depresje i inne choroby psychiczne.  Zmuszali aborygeńskie dzieci do poławiania pereł pod wodą - wrzucano je ze statku do oceanu i nie pozwalano wejść na pokład, dopóki w ręku nie mieniła się zdobycz.

Obraz wykształconego, kulturalnego, grzecznego i uprzejmego do bólu Anglika wydaje się być jakimś ponurym żartem. Ci sami rozprawiający w Londynie o pogodzie dżentelmeni w ciągu 230 lat zdołali niemal doszczętnie zniszczyć pierwotną, niezrozumiałą i obcą dla nich kulturę. W imię gromadzenia sobie większej ilości pieniędzy, władzy, nie umiem zgadnąć, czego jeszcze.

Współcześnie Australijczycy zdają się o tym nie wiedzieć lub nie pamiętać. Spośród kilku odwiedzonych muzeów, tylko jedno w Brisbane nie opisało tego krwawego i barbarzyńskiego najazdu zdaniem "Przybycie Anglików do Australii". Dzień przybycia Cooka obchodzony jest jako święto narodowe, o bardzo wesołym charakterze. Dla Aborygenów ów Dzień Australii to Dzień Zagłady. 

Dziś z Aborygenów siedzących przy ogniskach i opowiadających sobie historie, nie pozostało niemal nic.

Większość Aborygenów to nieszczęśliwi, pozbawieni nadziei ludzie, którzy czas spędzają głównie tak:



Rząd Australii był dość oporny na akcje podejmowane przez bardziej świadomych obywateli i niewiele robił, aby poprawić jakość życia Aborygenów. Dopiero w 1967 otrzymali oni obywatelstwo, we własnym kraju, do cholery! Dziś działa w kraju wiele stowarzyszeń i fundacji na rzecz rdzennych mieszkańców Australii, władze starają się ich jakoś zintegrować z białym społeczeństwem, ale nie jest to łatwe. Obie grupy różnią się drastycznie mentalnością, przez co pomoc często jest nietrafiona. A wszelkie przywileje, które otrzymują Aborygeni (jak np. tańsze bilety na komunikację miejską) podsycają tylko, już i tak bardzo szeroko rozprzestrzeniony rasizm. Biali Australijczycy często uważają Aborygenów za "nic nie wartych darmozjadów" - nawet młodzi, wykształceni ludzie. Rząd australijski oficjalnie przeprosił Aborygenów za wszystkie krzywdy, których doświadczyli. Wydarzyło się to... w 2008 roku. Lepiej późno niż wcale.

Bo jak np. wytłumaczyć Aborygenom, aby przeszli do porządku dziennego nad faktem, że na ich świętą skałę Uluru turyści jednak będą się wspinać, bo to zapewnia stały dochód do budżetu państwa? Może u nas w takim razie ktoś udostępni do wspinaczki główny ołtarz w klasztorze na Jasnej Górze, bo co to przecież by komu szkodziło wchodzić w butach trekkingowych na wiszącego na krzyżu Jezuska? 

Biali Australijczycy bardzo potrzebują poczucia jedności narodowej, ale wyłącznie sami ze sobą. Białej jedności narodowej. Mając pod bokiem bogatą kulturę aborygeńską, biali odwracają od niej wzrok i szukają pretekstu do stworzenia własnej kultury w błahych wydarzeniach. Są tabliczki upamiętniające kłótnię mieszkańców miasta o ceny mięsa, nazwane: "rzeźniczym buntem". Memoriałów wojennych jest tak dużo, że podróżując po Australii, ma się wrażenie, iż to właśnie tam było epicentrum konfliktu. Jakkolwiek pamiętanie okrucieństw wojny i pamiętanie o bohaterach to bardzo ważna sprawa... to w Australii czasami zostało doprowadzone to do granic absurdu. Widzieliśmy nawet oznaczone jako atrakcja turystyczna - latryny i kuchnie bunkrów na Magnetic Island. Oczywiście były to dziury w ziemi.

Memoriał z nazwiskami poległych podczas II Wojny Światowej. The Strand, Townsville (główny deptak przy plaży w Townsville). Taki memoriał, to ja rozumiem!

Każdy budynek, który ma około sto lat, jest traktowany jako zabytek i atrakcja turystyczna. To jest na swój sposób fajne, nieco zabawne zwłaszcza dla Europejczyków, którzy mieszkają często i w starszych kamienicach... ale jednak trochę to smutne i straszne, że na przestrzeni śmiesznych 200 lat, kultura, która sięgała korzeniami 50 000 lat wstecz, została zaorana na rzecz błahostek.

Zabytkowy hotel. Zarazem atrakcja turystyczna.
Chatka górnika. Niestety zamknięta i nieco zdewastowana w środku.
Zabytkowa kopalnia... prawie jak Wieliczka.
Koronne! Zabytkowy basen.

Tym smutnym akcentem, żegnamy Australię - kraj przepiękny, ale obarczony czarną historią.








Następny i ostatni przystanek - Hong Kong!






niedziela, 1 marca 2015

Survival mode: ON - czyli jak jeździć po Australii, wydając jak najmniej.


  1. Noclegi. 

Noc w dormitorium, w hostelu kosztuje ok. 25 AUD za osobę. Jak to określił nasz kolega, Piotrek, który również podróżuję po świecie... "Hostele w Australii są dla bogaczy!". Święta racja. Tym samym, jeśli tylko można, trzeba ich unikać. Oficjalne campingi, też nie są dużo tańsze. Z reguły jest to koszt ok. 25-30 AUD za noc. Lepiej... ale wciąż, jest to budżet nieosiągalny dla 'zwykłych' ludzi, którzy kasę odkładali, pracując w Polsce.

Czyli, co zrobić, aby płacić mało lub nie płacić za noclegi?

a) Couchsurfing

Dobry na krótką metę, choć i tak w Australii nam się nie sprawdził. Mało kto nam odpisywał, a jeżeli już ktoś się pofatygował, to zawsze chciał coś 'w zamian' (np. abyśmy uczyli hostera grać na gitarze).
Niestety, w kapitalistycznym kraju, nie ma nic za darmo!

b) Wolontariat

To świetna opcja, gdyż z reguły wiążę się również z wyżywieniem. A co najważniejsze - można zdobyć ciekawe doświadczenie (np. pracując na farmie w outbacku) oraz poznać ciekawych ludzi. Oczywiście wiąże się to z pracą :) Teoretycznie 4-6h dziennie. U nas w praktyce było to 6-8h dziennie. Załapaliśmy się na lepienie domku/płotu z gliny i błota (tzw. cobbing).

No ale przecież nie przylatujemy do Australii tylko po to, aby przez 3 miesiące siedzieć na wolontariacie.

Nie ma żartów. Płot sam się nie ulepi.

c) Housesitting

Ktoś, kto ma dom/mieszkanie wyjeżdża na wakacje. Zostawia na 2,3,4,6 tygodni swój dobytek, wraz z psem, kotem, papugą i złotą rybką. Ktoś musi się przecież zwierzakami zająć podczas nieobecności gospodarzy. Tymi osobami, są właśnie housesitterzy, czyli opiekunowie domów. Dom można znaleźć praktycznie wszędzie w Australii, portalów i gospodarzy szukających housesitterów jest od groma. Wystarczy wpisać 'housesitting australia' w google. Z reguły, zarejestrowanie się na danym portalu wymaga opłaty rocznej (20-60AUD). Świetna opcja, zwłaszcza, jeśli chcecie 'posiedzieć' nieco dłużej w jednym miejscu. Tak właśnie spędziliśmy Święta i Nowy Rok w Townsville!

Tak. Potwierdzamy. Siedzenie w basenie i bawienie się z psem, to zdecydowanie łatwiejsza sprawa, niż lepienie płotów. :)

d) Spać w aucie


I to jest absolutnie najtańsza i najlepsza opcja. Choć może czasem nienajwygodniejsza, ale za to jest przygoda! Spać można w większości miejsc oznaczonych jako 'rest area' - jak poniżej.

źródło / source: http://www.rogerwendell.com/images/australiatwo/australia_rest_area_locations.jpg

Na takich parkingach z reguły mamy toalety, czasem elektryczne grille lub miejsca na ognisku. Rzadziej, ale też się zdarzają - prysznice.

W Australii, jeśli nie ma wyraźnego znaku, że woda nie nadaje się do picia, tzn. że śmiało można napełniać baniaki.

Czasem jest dodatkowy znak, że zakazuje się postojów nocnych. Wtedy nie radzimy się zatrzymywać na noc. Rangerzy lubią wlepiać mandaty. Dodatkowo, teoretycznie, na terenie miast (np. osiedli), nie można spać w aucie - jest to traktowane jako kemping. My czasem musieliśmy.

Widok na Brisbane. W miastach trudniej o miejsce do spania, ale dużo łatwiej o prysznic i elektryczny bbq!

W takim wypadku, gdy kiedykolwiek zostaniecie obudzeni przez rangerów - mówcie, że potrzebowaliście 'power nap' - czyli wzmacniającą drzemkę, bo jesteście w podróży od wielu godzin. Nie powinniście mieć większych problemów. Cała Australia przepełniona jest billboardami o akcjach społecznych, motywujących kierowców do częstszego odpoczywania od jazdy. Ale, wracając do początku... aby spać w aucie, trzeba je najpierw mieć...

2. Transport w Australii

a) autobusy, pociągi... 

Nie wiemy. Nigdy nimi nie podróżowaliśmy, ze względu na chore koszty. Np. przejazd z Cairns do Townsville (ok. 4h jazdy), to koszt 75 AUD od osoby!!

b) carsharing

Czyli, jedziemy czyimś autem i zrzucamy się na paliwo. Bardzo popularna opcja, zwłaszcza na gumtree.au! Polecamy!

c) autostop

Działa, choć przez wielu lokalnych jest niepolecany. Ponoć jest niebezpieczny i dochodziło do różnych morderstw autostopowiczów (polecamy obejrzeć film Wolf Creek :) ). Ale na krótkie dystanse, śmiało można polecić. Nie korzystaliśmy, ale braliśmy.

d) mieć własne auto. :) 

Jak kupić auto w Australii?

Nic prostszego. Szukamy praktycznie tylko i wyłącznie na gumtree. Komisy, czy inne portale oferują auta w o wiele wyższych cenach. Szukamy auta, w którym da się spać, czyli vana lub stationary wagon (combi). Przy zakupie auta, bardzo ważne są dwa pojęcia: REGO oraz RWC.

REGO, to informacja o tym, czy auto jest zarejestrowane. Rejestracja w Queensland na pół roku (minimalny okres), to koszt 400-600 AUD. Także dość sporo.

RWC - Roadworthy Certificate. Czyli taki nasz 'przegląd rejestracyjny', tyle że o wiele bardziej rygorystyczny. Potrzebujemy tego dokumentu, aby zarejestrować auto na siebie lub zmienić dane właściciela auta. RWC jest ważny 2 miesiące lub 2000km. Koniecznie na to trzeba zwrócić uwagę. Koszt wykonania samego certyfikatu to 74AUD. Jeżeli coś będzie nie tak z autem, dają Ci 14 dni na naprawę tego. Jeżeli uporasz się z tym, nie płacisz ani dolara więcej i autko otrzymuje RWC. Teoretycznie, jeżeli sprzedajesz zarejestrowane auto, MUSISZ mieć ważne RWC. Teoretycznie, trzeba taki certyfikat przykleić do szyby auta, pod napisem 'for sale'. Jeżeli tego nie zrobisz, może Cię soptkać 500AUD mandatu. My nie wiedzieliśmy o tym, mandatu nie dostaliśmy. Ale ostrzegamy, bo ponoć można.

Jeśli auto ma ważne RWC, to jego rejestracja lub zmiana danych zajmuje w urzędzie dosłownie 15 minut.

Ale... potrzebujecie jeszcze 'adres garażowania auta',czyli stały adres w QLD w DNIU, w którym dokonujecie rejestracji auta. Jak to zrobić? Dwie najprostsze opcje:

1) zakładacie konto w banku i bierzecie dowolny kwitek (np. potwierdzenie wypłaty), w dniu, w którym rejestrujecie auto.

2) idziecie do hostelu i prosicie o wystawienie faktury pro forma. Oczywiście - nie płacimy za nią. To wystarczy w urzędzie.Pamiętajcie tylko, aby data wymeldowania z hostelu przypadała na następny dzień (aby nie była tego samego dnia, w którym rejestrujecie auto).

Wszelkie dokumenty, kalkulator kosztów ubezpieczenia oraz niezbędne informacje, można znaleźć na stronie biura transportu QLD.

http://www.tmr.qld.gov.au/registration/registering-vehicles.aspx

WAŻNE!! Jeżeli kupujecie auto w danym stanie, a jest ono zarejestrowane w innym - musicie sprawę zgooglować. Różne stany rządzą się własnymi prawami.

Co do cen aut - ponoć najtańsze są w Darwin, a najdroższe w Perth. My kupiliśmy w Townsville, sprzedaliśmy w Brisbane.

Nasza fura. Mitsubishi Magna, silnik 3.0, wersja executive. Na bogato. Kupiony za 1900AUD. Sprzedany za 2150AUD (w obu przypadkach z REGO i RWC). 

Skoro mamy już czym jeździć... i gdzie spać. To trzeba jeszcze coś jeść :)

3. Jedzenie

a) Żywienie się w... ekhm... "restauracjach". 

Z sensownych fastfoodów, które się w miarę opłacają:

a) Domino pizza - Value Pizza za 4.95AUD. Bardzo smaczna, zwłaszcza z sosem BBQ :) Nie bierzcie ciasta gluten-free. Okazało się, że wcale nie jest gluten-free, a kosztuje dodatkowe 3AUD.

b) Subway - duże kanapki (12 cali), za 7,50.

c) fish&chips - w lokalnych barach można znaleźć do 10AUD. Powyżej to już rozrzutność :)

d) Burgery - koniecznie spróbujcie Ozzie Burgera. Z bekonem, jajkiem i burakiem. Jednym zapewnicie sobie tyle kalorii, ile wystarczyłoby niedużej rodzinie na trzy dni.

2) Gotujmy sobie!

Warto kupić kuchenkę gazową. Koszt ok. 15-20AUD. Kuchenki działają na wkłady z propan-butanem. Ok 1,5AUD za wkład (220g). Wystarcza na godzinę gotowania non stop. Kuchenki takie najtaniej można kupić w Targecie, BigW lub KMart. W sklepach typowo kempingowych, jak BFC - z reguły jest trochę drożej.

Jeśli chcecie zrobić 'barbie', czyli bbq - w każdym parku znajdziecie darmowe elektryczne grille.

O takie.

3) Zakupy jedzeniowe.

To chyba największa frajda z budżetowego podróżowania po Australii. Nigdy nie wiesz, co zjesz, bo to zależy od dzisiejszych promocji w marketach. :) Polecamy nie kupować sobie lodówki i żywić się 'na świeżo'. Robiąc zakupy codziennie lub co drugi dzień. Marketów jest od groma, nawet w najmniejszych miasteczkach. 3 głowne markety to: Coles, Woolworths i Aldi. Ponoć Aldi najtańszy. My mieliśmy pecha, nigdy akurat na Aldi nie trafialiśmy. Wypatrujcie zawsze specjalnych półek, oznaczonych na żółta - 'Reduced for quicksell'! - czyli z towarami, którym kończy się termin ważności i muszą zostać szybko wyprzedane. Można dorwać promocję nawet na ponad 80%!


Źródło/source : http://2.bp.blogspot.com/-oQMYhiRbL48/UzbFQ-8mJvI/AAAAAAAAAP8/mNfAku5fIG8/s1600/IMGP5314.JPG

Nasz rekord to 800g sałatki kolesław przeceniony z 8AUD na 1AUD - 86%... oh yeah!

Czasem można przyrządzić z takich 'resztek', całkiem niezłe pyszności!

Naleśniory z miodem. Oczywiście naleśniki instant z proszku! :) W końcu jesteśmy w Australii... nie będziemy się wygłupiać z jajkami.

Stek z kangura na grzankach z masłem czosnkowym. :)

A to jedliśmy na kolację wigilijną. :)


Dodatkowo, często (choć nie zawsze), na pół godziny przed zamknięciem marketu, przeceniane są kurczaki z rożna z 11AUD, na 5,50 AUD. Warto wziąć. Dla dwojga, jak znalazł. Jeszcze na śniadanie Wam zostanie. Choć niestety trochę papierowy w smaku... to nie to samo, co kurczaki w Tajlandii, czy Indonezji...

Niestety, pomimo, że powyższe zdjęcia tego nie pokazują, często musieliśmy jeść śmieciowe żarcie z przecen. A to odbija się w długim terminie na organiźmie. Obydwoje utyliśmy straszliwie podczas trzech miesięcy w Australii. :) Będziemy zrzucać w Azji!

piątek, 13 lutego 2015

O australijskim pustkowiu zza kółka

Piszę te słowa siedząc na hamaku, w ciepły letni wieczór, po dniu spędzonym na plaży i kąpieli w oceanie. Tak zwykle wygląda zrelaksowany australijski tryb życia. Jednak przed zasłużonym odpoczynkiem, musieliśmy się trochę napracować i o tym będzie ten post. 


Nasza praca polegała na przetransportowaniu domku z Darwin do oddalonego o prawie 3000 km Cairns. Domek to camper (RV), czyli auto z kuchnią, prysznicem, miejscem do spania i salonikiem jadalnym :) 



Załatwiliśmy sobie tzw. relocation deal, czyli umowę z wypożyczalnią samochodów, która polega na tym, aby przetransportować auto z jednego miejsca do drugiego, gdzie akurat na to auto jest zapotrzebowanie. Odległości w Australii są ogromne, więc nikomu z wypożyczalni nie opłacałoby się jechać z biura w Cairns po auto do Darwin i wracać nim spowrotem. Relocation deal przekazuje zadanie przetransportowania auta turystom :) Co ważne, praktycznie za darmo.


Warunki relocation deal'a:




  • międzynarodowe prawo jazdy
  • wiek powyżej 21 lat
  • opłata administracyjna - różne są te opłaty: 20 - 25 $, nie należy się tym jednak zrażać, ponieważ:
  • wypożyczalnia zwraca pieniądze za paliwo - do określonej kwoty, może to być nawet 500$! Nam oddali 100 $
  • auto należy odebrać wyznaczonego dnia i dostraczyć przed upływem określonej w umowie daty. Na pokonanie dystansu 2880 km mieliśmy 6 dni. 
  • nie można przekroczyć określonego limitu kilometrów - w naszym przypadku dostaliśmy bonusowe 500 km; za każdy kilometr ponad limit pobierana jest opłata, czego nie chcemy.
  • wypożyczalnia pobiera kaucję w wysokości zwykle 1000 $ z karty kredytowej. Jeśli oddamy auto całe i zdrowe, kaucja wraca na konto. Dbaliśmy więc o campera jak nie wiem :)

    Sławny australijski znak ostrzegający przed kangurami :)

    Oferty na relocation deal szukałam w internecie kilka dni przed wylotem do Darwin. Nie ma sensu szukać ich z większym wyprzedzeniem, bo oferty objemują po prostu najbliższe 2 - 8 dni. Aby znaleźć strony z takimi ofertami wystarczy po prostu wpisać w google hasło "relocation deal Australia" i wyskoczy pełno wyników.

    Wybraliśmy sobie campera, bo podróż "zwykłym" autem już znamy, a takim domkiem przed australijskie pustkowia to przygoda, chociaż auto pali jak smok (12 - 13l / 100 km!).

    No właśnie, pustkowia. Czyli sławny outback. Ciężko opisać słowami jak to jest, kiedy dookoła jest po prostu nic. Pusto, aż po sa horyzont, 360 stopni pustki. I tak przez setki kilometrów. 

    pusto i prosto... po wyjeździe z Darwin, gdy odpaliliśmy GPSa, usłyszeliśmy: "Jedź prosto przez 983km". Trzeciego dnia wykonaliśmy pierwszy zakręt (w lewo). 

    Outback w całej okazałości...
    dalej pusto...

    Wyruszliśmy z Darwin wiedząc, że będziemy jechać przez outback, słyszeliśmy już trochę o tych przestrzeniach, ale to, co zobaczyliśmy po drodze po prostu wciskało w fotel.

    Niebo nad taką przestrzenią jest niesamowite i wielkie

    W fotel i w pedał hamulca wciska też przyroda. Nie wiedziliśmy domów, aut, ludzi itp, ale dzikie zwięrzęta w ilościach przeogromnych. Kiedy drogę po raz pierwszy przebiegł nam w oddali żywy kangur (wcześniej widzieliśmy mnóstwo rozkładających się zwłok na poboczu drogi), to był szok! Jakie to wielkie, szybkie i rzeczywiście tak wysoko skacze!

    potrącenie kangura na drodze to częsta przypadłość. Zwłoki leżą co kilkaset metrów.

    Kangur siedzi ukryty w trawie, są za szybkie przy drodze, żeby je dobrze uchwycić. Udało nam się to później :)


    Im dalej zagłębialiśmy się w outback, tym więcej kangurów. Skakały po drodze albo stały na poboczu i przeżuwały trawę. Widzieliśmy ich więcej niż saren w Polsce :)

    Do tego strusie emu (też chodziły po drodze), papugi, orły dziobiące rozjechane zwłoki.
    Jednego dnia jechała z naprzeciwka ciężarówka i kierowca jakoś zaczął dziwnie zjeżdzać ze swojego pasa, jakoś chaotycznie manewrować... Cały czas jadąc w naszym kierunku otworzył okno i wyrzucił przez nie coś dużego. Posypało się mnóstwo piór dookoła ciężarówki. Okazało się, że do kabiny wpadł kierowcy orzeł!

    Jeśli już wspominam ciężarówki, nie mogę nie napisać o tzw. pociągach drogowych, czyli road train'ach. Road train to wielki tir składający się nawet z 4 przyczep - takie bydlę ma do 53 m długości! Zawsze należy mu ustąpić miejsca albo dać się wyprzedzić, generalnie nie wchodzić w drogę.
    Road train, tylko 3 przyczepy

    Do Cairns dojechaliśmy po 6 dniach podróży przez outback. Zatrzymywaliśmy się na noc na wyznaczonych darmowych miejscach postoju, zwykle z czystą toaletą i stolikiem na piknik. Nietrudno je znaleść, ponieważ na trasie zawsze są znaki informujące ile km do następnego postoju.
    Piknik



    W ogóle oznaczenia na trasach australijskich są bardzo czytelne, zawsze dla pewności piszą co i jak, np. że tutaj można zawracać, jakby ktoś nie był pewny, albo żeby się trzymać lewego pasa, bardzo przyjemnie, że tak się o kierowców dba :) Nic prostszego, jak tylko wsiadać za kierownicę.
    Rzeka Gilberta. W porze suchej to po prostu piasek, Outback usiany jest takimi "rzekami", które w porze mokrej zalewają mosty i drogi - znakii przy drogach informują, do jakiej wysokości sięga woda (do 7 m!). Ciężko uwierzyć, że krajobraz tak się w ciągu roku zmienia.


    Mogliśmy sobie po prostu z Darwin do Cairns przelecieć samolotem w 3 godziny zamiast 6 dni, ale nie o to przecież chodziło.

    Stacja kolejowa jak z serialu Dr Quinn
    Skrzynka pocztowa. Przy drodze stoją najróżniejsze pojemniki spełniające tą funkcję. Dom, do którego należy ta skrzynka jest oddalony od głównej drogi na tyle daleko, że żadnemu listonoszowi nie chciałoby się tam zapuszczać. Więc przy pustych drogach od czasu do czasu po prostu stoją sobie takie okazy.

    Autko oddaliśmy pół godziny przed upływem terminu, do którego mieliśmy je zwrócić. Cairns okazało się tak przyjemnym miastem, że moje uwielbienie dla Australii urosło jeszcze bardziej.

    Niestety mieliśmy tam tylko jeden dzień, bo czekała nas kolejna praca w Townsville - opieka nad domem z basenem :) O tym w następnym odcinku.

piątek, 2 stycznia 2015

Dlaczego Australia to najlepsze miejsce na świecie?

Po 8 miesiącach podróżowania po Azji wylądowaliśmy w państwie kangurów, kraju zdecydowanie "pierwszego świata". W Azji wszystko wydaje się stać na głowie (i funkcjonować) z punktu widzenia Europejczyka, natomiast w Australii wszystko mamy podane jak na tacy. Jest przyjaźnie, czysto, dostępnie, niesamowicie drogo, egzotycznie, nowocześnie, ale wciąż na luzie.

Ostatni smażony ryż na Bali, ostatni indonezyjski masaż i z lotniska przy plaży w Denpasar odlecieliśmy do Darwin w Terytorium Północnym Australii. Pożegnaliśmy się z wszechobecną taniością i przestawiliśmy na tryb survivalowy.

Zatrzymujemy się w Darwin w jednym z najtańszych hostelów dla backpakerów. Tutaj nie ma możliwości chodzenia po mieście i sprawdzania ofert (za duże odległości, autobusy jeżdzą rzadko, na taksówki nas nie stać), więc rezerwuję miejsce jeszcze w Indonezji przez internet. Za 26 dolarów na GŁOWĘ mamy w promocji miejsce w 4 osobowym dormitorium. O ile w Azji spanie w dormitorium mnie raczej odstraszało, tutaj wręcz przeciwnie. Pokój jest klimatyzowany, czysty, wspólne prysznice i łazienki jakości kilku gwiazdek (albo tak nam się wydaje po standardach azjatyckich), na terenie hostelu jest basen z leżakami.


W Australii rozumieją, że ceny nieco zbijają z tropu młodych ludzi. Dlatego wychodzą im na przeciw - w hostelach do dyspozycji są w pełni wyposażone czyste kuchnie na świeżym powietrzu, grill (albo po australijsku - BBQ, tudzież barbie) i wszyscy podróżujący gotują sobie sami.

Koniec z knajpkami, trzeba robić kanapki na drogę. Oczywiście również 'american style'. :)

Od pierwszych chwil w Darwin czuję się jakbym była na planie amerykańskiego serialu o Miami. Wszystko tutaj wygląda dokładnie tak jak z filmów, co cieszy mnie niesamowicie, bo Stany Zjednoczone ciągną mnie od dawna, a tutaj mam właśnie Stany, tyle, że w wydaniu australijskim - bez "sztywki" ;) Zachwyca mnie absolutnie wszystko!

  • luz i chillout. Od razu rzuca się w oczy bezstresowy tryb życia Australijczyków. Wiek nie ma szczególnego znaczenia, wszyscy chodzą w japonkach i szortach, dumnie prezentując swoje tatuaże. Jednym z powszechniej używanych powiedzonek jest "no worries, mate!" , czyli, w zależności od kontekstu "nie pękaj, ziom" lub "nie ma problemu" ;) 

  • w sklepach, biurach itp. na porządku dziennym są pogaduszki między nieznajomymi. Nie są to pogaduszki w formalnym brytyjskim stylu pod tytułem:
    "Jak się pan miewa?
    - Znakomicie sir, dziękuję uprzejmie i wyrażam nadzieję, że i u Pana sprawy mają się wyśmienicie".
    W wydaniu australijskim wyglądają one raczej tak:
    "Co tam? Może tosta, mamy super pomidory dzisiaj?" "Obczaj sklepik obok, tam mają tańsze kalafiory".
  • piękny i ogromny park do posiedzenia na trawie (Bicentennial) albo przy stołach piknikowych, z dostępną od ręki wodą pitną dla wypoczywających (słońce w Australii jest bezlitosne i publiczne kraniki z wodą są bardzo powszechne).Obowiązkowym punktem weekendu jest barbie, rząd australijski funduje więc obywatelom stanowiska z gazowymi grillami, praktycznie przy każdym terenie zielonym. Do użytku codziennego, za darmo.

Pomyślano nawet o czworonogach. Obok kraniku, miska dla psa.

Bardzo powszechne są 'liany', które zwisają z drzew, aż w końcu wrastają w ziemię, dworząc coś na kształt dodatkowych konarów drzewa. Pojedyncza wygląda w ten sposób...

... ale w końcu doprowadzi do czegoś takiego.
A ze zwierzaków, można zobaczyć takie niespodzianki. Wallabies to jedne z najmniejszych kangurów w Australii.
  • nowoczesna architektura, na tyle na ile się znam, idealnie wkomponowana w tropikalny klimat miasta; budynki mogą mieć każdy swoj odrębny styl, ale nie jest to polski chaos i bałagan, ale przyjemna dla oka harmonia! I nie ma w ogóle billboardów, zamiast pań reklamujących podpaski, przechodnie patrzą na palmy i niebo. 
Nawet biurowce są otoczone wszędobylskimi parkami.

Kościółek.

  • produkty spożywcze. Jak poszliśmy pierwszy raz do supermarketu, poczuliśmy się trochę przytłoczeni. W Azji w sklepiku było po prostu mleko (jak w ogóle był sklepik z lodówką). Tutaj mamy mleko zwykłe, mleko z obniżoną zawartością laktozy, mleko zupełnie bez laktozy, mleko ryżowe, mleko sojowe, kokosowe, mleko świeże, mleko o przedłużonym terminie ważności i co tam jeszcze dusza zapragnie. I wszędzie można dostać mój ulubiony sos barbeque! Wrzucam go do wszystkiego, co gotujemy w Australii.
    Co więcej, jest tutaj ogromna świadomość zdrowego odżywiana - w barach, sklepach itp. podane są wartości kaloryczne produktu/dania. Wersje bezglutenowe popularnych produktów są standardem!!
  • Nawet pizze są na cieście bezglutenowym.

  • ogród botaniczny w Darwin. Kapitalny wielki park, z darmowym wifi, miejscami na grilla, mapkami i mnóstwem informacji na temat roślinności Australii. Dowiedzieliśmy się np., że jednymi z typowych drzew regionu są baobaby!

     
    Tak wygląda młody "baobs"

  • A taki będzie jak urośnie. I nie mamy na myśli tego, że założy kapelusz i kupi damską torebkę. :)
Nie tylko ogród botaniczny, ale wszystkie parki pełne są wszelkiego rodzaju ptactwa. Na zdjęciu bardzo powszechny ibis.

Papug jest od groma. Nie tylko tak kolorowe jak ta. Widzieliśmy też pełno kakadu.

I oczywiście - mewy. Jak to zawsze nad morzem.

W Darwin udaliśmy się też na plażę, nie żeby się opalać, ale bardziej w celach krajoznawczych. O tej porze roku (od października do maja) w północnej i północno-wschodniej części Australii obowiązuje całkowity zakaz wchodzenia do wody. W oceanie zamieszkują śmiertelnie niebezpieczne kubomeduzy (box jellyfish), których jad z parzydełek zabija człowieka w kilka minut (powoduje paraliż wszystkich mięśni, więc serce przestaje bić i nie można oddychać). Jeśli nie zabije, to dotkliwie poparzy i zostaną blizny na zawsze. Przy plażach dostępne są pojemniki z octem, którym natychmiast należy polać poparzone miejsce. Nie zmniejszy to straszliwego ponoć bólu, ale zapobiegnie rozprzestrzenianiu się trucizny po organizmie.

Z powodu powyższego znaku plaże świecą pustkami. Jedyną atrakcją są latawce...

... lub zwykły chillout.

W genialnym muzeum historii naturalnej w Darwin, które odwiedziliśmy, pokazane są wszystkie jadowite, niebezpieczne sprawki, które czyhają na nieświadomych podróżników. Oprócz meduz, sławnych pająków i węży, z ciekawszych stworzeń Australijczycy mają:
  • krokodyle słono- i  słodkowodne. Zamieszkują sobie na wolności rzeki i tereny przy ujściach. Rząd znów wyciągnął rekę do obywateli i w Darwin stworzono wielkie słonowodne jezioro dla mieszkańców spragnionych kąpieli - bez meduz i kroksów, jak mówią lokalni. 
  • Tego kroksa obserwowaliśmy już nie w Darwin, ale zdjęcie fajne, więc wrzucam :)
  • szkaradnice (stonefish). To najbardziej jadowite ryby na świecie! Wyglądają jak kamienie i zamieszkują dna raf koralowych. Gdy już popełni się ten błąd i postawi stopę na rybce, ta wypuszcza z kolców na grzbicie truciznę, która powoduje dotkliwy ból, obumarcie tkanek i paraliż. 
Widzisz stonefisha?

  •  trujące gąbki podwodne. Nawet jak już się uda uciec od ryb lub węży morskich (te są najbardziej jadowitymi wężami na świecie), to nurkującego śmiertelnika zaatakuje i poparzy zwykła gąbka. 


  • trujące trawy i inne rośliny. Niektóre są na tyle trujące, że w mediach podaje się informacje o masowych pomorach owiec i bydła, które nieopatrzenie nażarło się trawki.
Wielkie jadowite pająki, kiedy ogląda się je w gablotce w muzeum, robią wrażenie. W naturze ciężko je spotkać, bo chowają się po kątach i innych ciemnych dziurach i jak dotąd, to w Indonezji widzieliśmy większe pająki niż w Australii :)


Zachwyt nad Australią trwa nieustannie. O sławnych australijskich bezdrożach, rozgwieżdzonym niebie i kangurach w następnym odcinku :)